Fiskus rozbudował CIT i PIT, budżet widzi z tego niewiele
- Wysłane przez Autor: Grzegorz Niebudek
- Kategorie CIT PIT Aktualności podatkowe
- Data 10 marzec 2026
Polski system podatków dochodowych nie kończy się na PIT i CIT. Oprócz tych dwóch podstawowych danin ustawodawca dołożył jeszcze kilka „innych podatków dochodowych”, które miały uszczelniać system, zniechęcać do agresywnej optymalizacji i pilnować, żeby dochód nie „uciekał” za granicę albo nie znikał całkowicie. Problem polega na tym, że im bardziej rozrasta się ten katalog, tym częściej pojawia się pytanie, czy budżet państwa rzeczywiście coś na tym zyskuje.
Coraz częściej odpowiedź brzmi dość brutalnie. Przepisów jest dużo, obowiązków jeszcze więcej, a wpływy bywają wręcz symboliczne.
Dużo konstrukcji, mało pieniędzy
Najbardziej rzuca się w oczy exit tax, czyli podatek od niezrealizowanych zysków. Sama idea była słuszna, bo miała przeciwdziałać wyprowadzaniu majątku poza Polskę bez odpowiedniego opodatkowania. W praktyce jednak wpływy z tego podatku pozostają skromne. Szczególnie wymowne są dane dotyczące podatników CIT, którzy za 2024 r. wykazali ten podatek łącznie na kwotę zaledwie 408 zł. To liczba, która bardziej zaskakuje niż imponuje.
Lepiej nie wygląda to także w innych obszarach. Podatek od przerzuconych dochodów przyniósł niespełna 900 tys. zł, przy czym zdecydowana większość tej kwoty pochodziła od jednego podatnika. Wpływy z CFC również są dalekie od wcześniejszych wyobrażeń o miliardach, które miały zasilić budżet. W efekcie coraz trudniej bronić tezy, że mamy do czynienia z realnym filarem dochodów państwa.
Podatek, który można odliczyć od podatku
Sporo mówi też sama konstrukcja niektórych z tych danin. Dobrym przykładem jest minimalny CIT. Miał objąć podmioty wykazujące stratę albo bardzo niską rentowność, a więc takie, które formalnie funkcjonują, ale nie pokazują podatku dochodowego na oczekiwanym poziomie. Za 2024 r. wykazało go 656 podmiotów, czyli zaledwie ułamek wszystkich podatników CIT. Budżet uzyskał z tego niespełna 85 mln zł.
Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że to już coś. Tyle że sprawa nie jest taka prosta, bo zapłacony minimalny CIT można później odliczyć od „zwykłego” CIT w kolejnych latach. Fiskus dostaje więc wpłatę teraz, ale później oddaje ją podatnikowi w rozliczeniu. Z punktu widzenia konstrukcji prawnej ma to sens, bo chodzi o wymuszenie choć minimalnej wpłaty do budżetu. Z punktu widzenia efektywności systemu pojawia się jednak pytanie, czy naprawdę trzeba było budować tak rozbudowany mechanizm po to, by osiągnąć tak ograniczony efekt fiskalny.
Podobnie działa podatek od przychodów z budynków, który w rzeczywistości nie jest podatkiem od przychodów, tylko od wartości określonych budynków komercyjnych. Tu także kluczowa nie jest sama wysokość wpływów, lecz efekt dyscyplinujący. Ustawodawca chce pokazać, że podatnik posiadający cenny majątek komercyjny nie powinien przez lata pozostawać poza realnym opodatkowaniem.
Funkcja prewencyjna coraz bardziej widoczna
I właśnie tu dochodzimy do sedna. Coraz wyraźniej widać, że część tych podatków nie została zaprojektowana przede wszystkim po to, by zapewniać wysokie wpływy budżetowe. Ich głównym zadaniem jest prewencja. Mają działać odstraszająco. Mają zmuszać podatników do bardziej ostrożnego planowania, do ograniczania transferów, do unikania rozwiązań, które mogłyby zostać uznane za sztuczne albo nadmiernie agresywne.
Z perspektywy państwa to da się zrozumieć. Sam fakt istnienia określonego podatku może wpływać na zachowania rynkowe. Podatnik, który wie, że może wejść w obszar CFC, podatku od przerzuconych dochodów czy minimalnego CIT, częściej zrezygnuje z niektórych działań albo przynajmniej dokładniej je przeanalizuje.
Tylko że taka logika ma swoją cenę. I tę cenę płaci biznes.
Koszt dla podatnika jest realny, nawet gdy podatek wynosi zero
To jest chyba najważniejszy problem w całej tej układance. Nawet jeżeli ostatecznie wpływ do budżetu okazuje się niski albo wręcz symboliczny, podatnik i tak musi zmierzyć się z bardzo skomplikowanymi przepisami, przeprowadzić analizy, zebrać dane, zweryfikować struktury, często zamówić opinie doradców i zaangażować księgowość oraz dział prawny. Innymi słowy, koszt systemu nie znika tylko dlatego, że sam podatek finalnie nie wystąpi albo wyniesie marginalną kwotę.
W praktyce oznacza to, że państwo tworzy rozbudowane konstrukcje podatkowe, które mają działać odstraszająco, ale jednocześnie przerzuca na podatników ciężar nieustannego sprawdzania, czy przypadkiem nie weszli w kolejną strefę ryzyka. To już nie jest tylko kwestia wysokości daniny. To kwestia compliance, czasu, niepewności i pieniędzy wydawanych na obsługę regulacji.
Czy gra jest warta świeczki
Tu pojawia się zasadnicze pytanie. Jeżeli wpływy z części tych podatków są śladowe, a koszty ich stosowania wysokie, to czy system nie stał się zbyt ciężki w stosunku do efektów, jakie realnie przynosi.
Oczywiście można powiedzieć, że gdyby tych regulacji nie było, skala agresywnej optymalizacji byłaby większa. Tego nie da się łatwo zmierzyć. Nie sposób jednak uciec od wrażenia, że ustawodawca coraz częściej buduje podatki bardziej jako straszak niż jako rzeczywiste źródło dochodów.
To może być skuteczne z perspektywy polityki podatkowej. Ale dla przedsiębiorców oznacza kolejne obowiązki, kolejne analizy i kolejne ryzyka interpretacyjne.
System coraz bardziej złożony, budżet niekoniecznie bogatszy
W efekcie mamy dziś dość paradoksalną sytuację. System podatkowy staje się coraz bardziej wielowarstwowy. Dochodzą nowe daniny, specjalne reżimy, dodatkowe testy i definicje. Tymczasem realne wpływy z części tych konstrukcji pozostają niewielkie. To pokazuje, że prawdziwą funkcją tych podatków nie jest już wyłącznie fiskalizm. Coraz częściej chodzi o kontrolę zachowań podatników, wzmacnianie efektu odstraszającego i uszczelnianie systemu nawet wtedy, gdy budżet nie widzi z tego wielkich pieniędzy.
Z perspektywy państwa może to być świadomy wybór. Z perspektywy podatnika wygląda to jednak mniej optymistycznie. Podatków jest coraz więcej, przepisy są coraz trudniejsze, a wymierny efekt fiskalny wcale nie rośnie proporcjonalnie do skali komplikacji.
I właśnie dlatego coraz częściej słychać pytanie, czy nie doszliśmy do momentu, w którym system tworzy więcej ciężaru niż realnych wpływów.


